Autor: Ґнаук Ґергард
Tłumaczenie: Marta Łagoda
Co zobaczymy w 2010 roku? Zmiany w kraju? Silną Ukrainę? Silnego mężczyznę, czy „piękno, które ratuje świat” (albo, chociaż jeden kraj)? Wybaczcie, źle czuję się w roli futurologa.
Ale, mimo to, spróbuję. Wydaje mi się, że odchodzą dawne nieporozumienia, na przykład o język. Nawet spór o historię, zwłaszcza XX wieku, w 2010 roku będzie, być może, lżejszy niż dotąd. Od razu chcę zastrzec: spór o historię jest potrzebny (jak nie spierać się po takim dramatycznym stuleciu? Ma to swoje pozytywne strony i uważam, że to właśnie zostanie nam w spadku po prezydenturze Juszczenki. Ale to będzie widać dopiero za kilka lat.
Ustępuje zagrożenie podziału kraju - politycznego i państwowego. Spodziewam się, że scenariusz ten zniknie także z głów ludzi na Zachodzie oraz niektórych Rosjan. Tak, Ukraina zostanie największym państwem na terytorium poradzieckim. Pięć lat pomarańczowych nadziei i rozczarowań, demokratycznych wzlotów i upadków wycisnęło „radzieckość” z wielu sfer życia. I za to można, paradoksalnie, podziękować wszystkim kierownikom czasów Leonia Kuczmy, bez których ta rewolucja i te zmiany, nie odbyłby się.
Głównym zagrożeniem roku 2010 jest to, że Ukraina, jako państwo, z jej gospodarką w najlepszym wypadku nie będzie się rozwijać tylko kręcić w miejscu. A stać w miejscu to znaczy – cofać się. Nawet jeśli zobaczymy w nowym roku wzrost gospodarczy to będzie się on odbywał na niskim poziomie. Z pewnością będą problemy z długiem, zapłatą za gaz, zagranicznymi inwestycjami, z przygotowaniami do Euro 2012. Zostanie problem korupcji - z nim trudno walczyć, kiedy nie ma już rewolucyjnego bodźca, ale brakuje też wciąż stabilności zachodniego wzorca i nadziei na członkostwo w UE. Pozostaje niejasność politycznych procesów i prawodawstwa w kraju.
Pytacie, kto zostanie prezydentem? Silny mężczyzna czy piękna kobieta? Prawdę mówiąc, nie wiem. Pamiętam tylko słowa polskiego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Latem 2005 będąc jeszcze głową państwa, powiedział w wywiadzie, że może się założyć o cokolwiek, że pewnego pięknego dnia Julia Tymoszenko zostanie prezydentem Ukrainy. Cóż, nawet Kwaśniewski może się pomylić, ale nosa miał i ma.
Jednym słowem – rok 2010 jest rokiem ostrożnych prognoz i niewielkich nadziei. A mówiąc o nadziei to, liczę na to, że Unia Europejska zrozumie, jak śmieszne są sumy, które zaproponowała w ramach polityki sąsiedztwa na najbliższe lata. I dojdzie do wniosku, że w 2010 roku należy doprowadzić do końca rozmowy w sprawie umowy, co do wzajemnych kontaktów między UE a Ukrainą (łącznie ze strefą wolnego handlu). Można się też spodziewać, że UE ze swoimi nowymi, dopiero co wybranymi liderami poradzi sobie lepiej, z wywarciem silniejszego wrażenia w kryzysowych sytuacjach, niż prezydent Francji Nicolas Sarkozy, podczas wojny rosyjsko-gruzińskiej.
Główne nadzieje – w Ukrainie. Sama ma wybrać swój los. I nie wierzę w liderów, czy to będzie piękna kobieta czy silny mężczyzna. Spodziewam się, że wyborcy zrozumieją, co jest możliwe, co potrzebne i co nierealne w kraju. Liczę, że wybiorą mądrego przywódcę. A także, że potem szybko sprawdzą jak i dokąd prowadzi on Ukrainę. Oraz, że mimo wszystkich kłótni, które w demokracji są nieodzowne, to i tak będzie wzrastać pole wspólnych i powszechnie przyjętych norm i celów.
W końcu spodziewam się, że sami wyborcy, społeczeństwo, naród nie dopuści by kraj z podmiotu światowego towarzystwa znów stał się przedmiotem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz