Bez względu na to, kto wygra styczniowe wybory prezydenckie na Ukrainie, będą one uczciwe i przejrzyste.
«Demokracja na Ukrainie nie jest doskonała» – powiedział mi kilka dni temu Andrew Wilson, znany angielski analityk, który zajmuje się badaniem Europy Wschodniej. Przy czym postawił akcent na «nie jest doskonała». Tak wyglądają ukraińskie wybory prezydenckie z zachodniej perspektywy. Oceniane są jak swego rodzaju test, który potwierdzi, czy Ukraina rzeczywiście jest demokratyczna, czy tylko wszyscy na Zachodzie żyli w takiej iluzji od czasu Pomarańczowej Rewolucji. Dlatego w zachodnich badaniach nad prawdopodobnymi scenariuszami stawia się akcent na to, że wszystko jest możliwe: fałszowanie wyborów na Wschodzie na korzyść biało-błękitnych i takie samo dopisanie głosów dla pomarańczowych kandydatów na Zachodzie Ukrainy. Właśnie z tego powodu w Europie nie wyklucza się również, że kandydat, który przegra wybory, zaneguje wynik i będzie próbował powtórzyć scenariusz sprzed pięciu lat.
Za takie poglądy, że niby to na Ukrainie wszystko się może zdarzyć, obwiniałbym nie tylko zagranicznych analityków, ale i miejscowych polityków, którzy przez minione pięciolecie, a zwłaszcza przez ostatnie trzy lata, stale dawali do zrozumienia, że wszystkie środki są dozwolone. I jest to zrozumiałe: atmosfera ciągłej kampanii wyborczej skłania do ciągłego populizmu. Zaciera się granica, której nie można przekraczać. Szczerze mówiąc, ciężko mi powiedzieć, kto rozpoczął ten proces, na kim spoczywa odpowiedzialność za to, że Ukraina za granicą coraz częściej jest postrzegana jako państwo nieprzewidywalne.
Wydaje się, że winni są wszyscy główni aktorzy życia politycznego nad Dnieprem, ponieważ żaden z nich nie oparł się pokusie cynicznej gry na emocjach, byle tylko zdystansować swoich oponentów i osiągnąć własny cel. Można również – zresztą słusznie – zarzucać Unii Europejskiej, że nie dała Ukrainie wyrazistego sygnału bezpośrednio po Pomarańczowej Rewolucji. Jednocześnie trzeba jednak podkreślić, że zamiast walczyć o perspektywę reform i modernizacji kraju ukraińscy politycy skoczyli sobie do gardeł, jakby najważniejszą kwestią było wówczas to, kto z nich otrzyma władzę w 2010 roku.
To banalne powtarzać, że ostateczna walka rozegra się między Julią Tymoszenko i Wiktorem Janukowyczem. Choć sondaże przedwyborcze wskazują na przewagę Janukowycza, jeszcze wszystko jest możliwe. Julia Tymoszenko ma lepsze warunki do mobilizacji swoich zwolenników i mniejszą ilość negatywnie nastawionego elektoratu. Chociaż mam swoje wyborcze preferencje, nie widzę dużej tragedii w zwycięstwie któregokolwiek z kandydatów. Tak też uważa się i na Zachodzie, w szczególności w Polsce. Ważniejsze jest to, żeby wybory były demokratyczne i żeby odbyły się bez incydentów, niż to, kto je wygra. Tym bardziej, że kandydaci są dobrze znani, żeby nie powiedzieć mocno zgrani, i mniej więcej wiadomo, czego od nich można oczekiwać. Dlatego nikt w Europie nie będzie kręcił nosem. Na brukselskich salonach można nawet usłyszeć, że lepiej niech będzie przewidywalny Janukowycz, niż Tymoszenko, po której nie wiadomo czego się spodziewać.
Ważniejsze jest to, co się wydarzy po wyborach, niż to, kto je wygra. I tu prognozy zachodnich analityków zbiegają się: przełomu w reformach, najprawdopodobniej, nie będzie. Nikt nie wierzy w cud modernizacji. Natomiast ważna jest choćby jakaś stabilizacja i wyraźny sygnał, kto będzie głową państwa. Dwuwładza ostatnich lat doprowadziła do tego, że najwięksi politycy Europy i świata nie wiedzieli, z kim się trzeba porozumiewać na Ukrainie. W 2010 roku ta nieokreśloność może się zakończyć. Wszystko poza tym aspektem to będzie już sukces. Nowy prezydent Ukrainy będzie miał ułatwione zadanie. Jeśli będzie wybrany demokratycznie, nie powtórzą się wydarzenia pomarańczowej rewolucji, uda się stworzyć rząd i odpowiednią większość wokół głowy państwa w Radzie Najwyższej, to sytuację będzie można uznać za postęp na tle poprzednich lat.
Znany amerykański politolog polskiego pochodzenia Zbigniew Brzeziński twierdzi: jeśli na miesiąc przed wyborami nie wiadomo, kto wygra, to najlepszy dowód na to, że państwo jest demokratyczne. Więc z Ukrainą nie jest aż tak źle, jak niektórzy chcieliby widzieć. Jednak trzeba się uzbroić w cierpliwość, ponieważ Ukraińców czekają burzliwe emocje. W Polsce mówi się: «Byle do wiosny». W tym kontekście to przysłowie brzmi wyjątkowo aktualnie dla Ukrainy, odetchniemy bowiem już w marcu – kwietniu, kiedy opadną emocje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz